Sławomir Sowa: Wiele lat obserwował pan przekleństwa w Polsce, później je
badał, w końcu napisał „Słownik przekleństw i wulgaryzmów”. Czy po tylu latach
wie pan już, dlaczego Polacy tak przeklinają?
prof. Maciej Grochowski: Główny problem jest związany z ubóstwem słownikowym i
tym, że mało się czyta. Stan czytelnictwa literatury pięknej czy naukowej jest
bardzo niski, co automatycznie powoduje, że słownictwo jest ubogie i sięga się
po to, które funkcjonuje w żywej mowie. Druga rzecz to wyrażanie pewnych emocji
i potrzeba wyładowania się. Towarzyszy temu niska świadomość tego, co i kiedy
można. Rzecz nie polega na znajomości przekleństw. Ci, którzy przekleństw
używają rzadko, doskonale je przecież znają.
Mówi pan o ubóstwie językowym, ale przekleństw używają także ludzie
wykształceni, których trudno posądzać o ubóstwo słownikowe...
Może to świadczyć na przykład o inklinacjach do popisywania się. Ale z
relatywnego punktu widzenia, nawet jeżeli jest to częste u osoby wykształconej,
to jednak ktoś z marginesu społecznego nie potrafi powiedzieć nic poza
przekleństwami. A to jest różnica.
Czy pan też uważa, że przekleństw używa się coraz częściej?
To raczej obiegowa opinia. Jak sobie przypomnę okres moich studiów, czterdzieści
lat temu, to na przykład słowo „zajebisty” nie było wtedy znane. Następują więc
zmiany i pewne słowa oraz związki frazeologiczne w danym okresie są bardziej
modne. Ale częstotliwość – nie sądzę, żeby była większa teraz niż kiedyś.
Dzisiaj częściej się mówi o walce z przekleństwami, bo walka w ogóle jest modna.
Ale literatura wskazuje na to, że wulgaryzmy były znane i używane od początku
dziejów polszczyzny.
Czy to znaczy, że wyrazy uznawane dzisiaj za niecenzuralne i nie do
zaakceptowania, za kilkadziesiąt lat mogą wejść do potocznego słownika?
To wielce prawdopodobne. Jaki jest mechanizm, że coś wchodzi do obiegu? Po
prostu coraz większa liczba osób powtarza określone ciągi i to się utrwala.
Wystarczy porównanie ogólnych słowników języka polskiego w okresie 50 lat, na
przykład słownika Doroszewskiego i słowników wydawanych po roku 2000. Słowa
„pieprzyć” czy „cholera” uznawano kiedyś zdecydowanie za poniżej normy. Teraz to
wyrażenia całkowicie potoczne. Poza tym jest cała klasa słów, które znaczą coś,
co jest uważane za wulgarne poprzez swoje odniesienie do czynności
fizjologicznych czy części ciała. Wszystko zależy od fantazji ludzkiej: czy ktoś
kogoś przeleciał, wygrzmocił, czy wydmuchał.
Mamy teraz Rok Języka Polskiego, więc jest to dobra okazja, żeby zadbać o
wykorzenienie przekleństw i wulgaryzmów.
Jak?
Może zaostrzyć sankcje, jak proponują niektórzy?
O, nie! Jedyny sposób to zmuszać ludzi do kształcenia się od najmłodszych lat.
Rozmowa z prof. Maciejem Grochowskim, dyrektorem Instytutu Języka Polskiego
Uniwersytetu w Toruniu, przeprowadzona przez Sławomira Sowę z "Dziennika Bałtyckiego" 24 lutego 2006 roku. Oryginał jest dostępny na tej stronie. |
|